Merz popiera Trumpa: Hiszpania ma realizować cele NATO
Podczas spotkania kanclerza Friedricha Merza z prezydentem USA Donaldem Trumpem w Białym Domu, Hiszpania stała się niespodziewanym punktem spornym. Merz przyłączył się do krytyki Trumpa wobec niewystarczających wydatków Madrytu na obronność w ramach NATO, wywołując ostry konflikt dyplomatyczny z partnerem z UE.
Merz za Trumpem – ale tylko w kwestii wydatków na NATO
Podczas wizyty kanclerza Friedricha Merza w Białym Domu, Hiszpania stała się niespodziewanym tematem spornym między dwoma partnerami z UE. Prezydent USA Donald Trump określił hiszpański rząd jako „okropny” i otwarcie groził wojną handlową – po pierwsze z powodu odmowy Madrytu zwiększenia wydatków na obronę w ramach NATO do pięciu procent produktu krajowego brutto, a po drugie dlatego, że Hiszpania odmówiła USA wykorzystywania swoich baz wojskowych w Rota i Morón do ataków na Iran.
Merz przyłączył się do krytyki Trumpa – wyraźnie tylko w kwestii wydatków na obronę. Hiszpania jest jedynym członkiem NATO, który nie chce zaakceptować wspólnie uzgodnionych celów wydatkowych, stwierdził kanclerz. „Próbujemy przekonać Hiszpanię do przestrzegania wytycznych uzgodnionych w NATO”, powiedział Merz podczas spotkania. Chodzi o 3,5 procent PKB na wojsko i kolejne 1,5 procent na infrastrukturę wojskową – razem nowy cel NATO wynoszący pięć procent, który Sojusz zamierza osiągnąć do 2035 roku. Hiszpania dotychczas nie osiągnęła nawet pierwotnego celu NATO wynoszącego dwa procent i ma najniższe wydatki na obronę spośród wszystkich członków Sojuszu.
Madryt reaguje oburzeniem – zarzut braku solidarności
Reakcja z Hiszpanii nie kazała na siebie długo czekać. Minister spraw zagranicznych José Manuel Albares wyraził w wywiadach telewizyjnych otwarte zaskoczenie, że Merz w Gabinecie Owalnym nie wstawił się za partnerem z UE. „Jeśli dzieli się walutę, wspólną politykę handlową i wspólny rynek, oczekuje się takiej samej solidarności, jaką Hiszpania okazała Danii w związku z groźbami dotyczącymi Grenlandii”, powiedział Albares. Nie wyobraża sobie, by poprzedni kanclerze, tacy jak Angela Merkel czy Olaf Scholz, w porównywalnej sytuacji milczeli.
Handelsblatt określił publiczny spór między dwoma państwami UE w napiętej sytuacji geopolitycznej jako „świadectwo ubóstwa” dla spójności Sojuszu. Dyplomatyczne wysiłki Berlina, mające na celu zażegnanie konfliktu, początkowo nie przyniosły skutku: według doniesień Merzowi nie udało się skontaktować telefonicznie z premierem Pedro Sánchezem. Wicepremier Hiszpanii Yolanda Díaz ostro zaatakowała Merza i ostrzegła: „Nie potrzebujemy wasali Trumpa”.
Niemcy jako nowy dyrygent europejskiej obrony
Pozycja Merza wpisuje się w fazę, w której Niemcy zasadniczo redefiniują swoją rolę w obronie. Budżet federalny na rok 2026 przewiduje wydatki na obronę w wysokości około 108,2 miliarda euro – historyczny rekord. Z tego 82,7 miliarda pochodzi z regularnego budżetu, a kolejne 25,5 miliarda z funduszu specjalnego Bundeswehry. Do 2029 roku wydatki mają wzrosnąć do 153 miliardów euro, co pozwoliłoby Niemcom przedwcześnie spełnić nowy cel NATO wynoszący 3,5 procent PKB.
Uzupełnia to fundusz specjalny w wysokości 500 miliardów euro na infrastrukturę, z którego można korzystać przez dwanaście lat. Merz prezentuje w ten sposób Niemcy jako wiarygodną kotwicę europejskiego bezpieczeństwa – i akceptuje napięcia z partnerami z południowej Europy. Bundeswehra ma zostać rozbudowana do najsilniejszej konwencjonalnej armii w Europie.
Europejska kohezja na próbie
Krytycy ostrzegają, że nowy kurs Niemiec zagraża wewnątrzeuropejskiej solidarności. Akurat w momencie, gdy UE potrzebuje jednolitego stanowiska wobec Waszyngtonu, Berlin i Madryt dają obraz głębokich rozbieżności. Pytanie, czy partnera z Sojuszu można naciskać na wyższe wydatki na obronę, jeśli jednocześnie w innych kwestiach polityki zagranicznej – na przykład w sprawie stosunku do wojny z Iranem – zajmuje samodzielne, zorientowane na pokój stanowisko, pozostaje politycznie gorąco sporne.
Pewne jest: Niemcy pod rządami Merza porzuciły dziesięciolecia powściągliwości. Ceną za to są tarcia polityczne wewnątrz własnego Sojuszu – i pytanie, czy Berlin będzie w przyszłości postrzegany jako siła wiodąca, czy jako przedłużone ramię Waszyngtonu w Europie.